Od 3 lipca do 31 sierpnia 2017 roku Urząd Miejski w Trzebnicy czynny będzie od poniedziałku do piątku w godzinach 7.00-15.00. Urząd Stanu Cywilnego przyjmuje interesantów od poniedziałku do piątku w godzinach: 7.00 – 15.00. Burmistrz Gminy Trzebnica w sprawach skarg i wniosków przyjmuje w środy  od godz. 15.00  do godz. 15.15.

  • EN
  • DE

Aktorski sukces trzebniczanina

Pochodzący z Marcinowa pod Trzebnicą Tomasz Kowalski w 2012 roku odniósł pierwszy, ogromny sukces – wygrał program Must Be The Music. Niecałe 2 lata później sięga po coś więcej, niż tylko muzy­ka. Dostaje główną rolę w spekta­klu „Skazany na bluesa” w Teatrze Śląskim w Katowicach. Wciela się w postać Ryszarda Riedla, wokali­sty grupy Dżem. Spektakl jest ska­zany na sukces.

 Zawsze unikałeś porównań do Ryśka Riedla, nie chciałeś, by tak na Ciebie mówiono. Jednak te­raz, po niezwykłej roli w spekta­klu, gdzie wcielasz się właśnie w tę postać, trudno będzie się od tej etykietki odciąć. Nie tylko ze względu na Twój głos, ale rów­nież charakterystyczny wygląd. Nie przeszkadza Ci to?

No tak, teraz już na pewno przylgnęła do mnie na stałe etykietka „Rysiek”, ale patrząc na to, co dzieje się w spektaklu, na ogromne zainteresowanie nim, przekonuję się, że ludzie wciąż chło­ną taką muzykę - i to daje mi wiarę, że wcale nie trzeba iść komercyjną drogą, że blues rock wciąż cieszy się masą zwolenników i warto dla nich tworzyć. Być może przełoży się to na mój rozwój muzyczny. General­nie w całym spektaklu nie udaję ani nie naśladuję Ryśka, ponieważ go nie znałem. Dżem znam jedynie z kaset i płyt. Wszystkie sceny gram po swojemu. Ani razu też nie stara­łem się grać tak, jak np. Tomasz Kot w filmie („Skazany na bluesa”, reż. Jan Kidawa– Błoński – przyp. red.). Śpiewam również po swojemu, a że ludzie czasami odnajdują w tym coś z Ryśka, jest bez wątpienia jedy­nie komplementem.

Obawiałeś się też ortodoksyj­nych fanów Dżemu. Jak oni re­agują na to, co robisz?

Ciężko powiedzieć, jednak chyba cieszą się, że ludzie chcą pamiętać o Ryśku i dlatego powstają przedsię­wzięcia, podobne temu w Teatrze Śląskim. Patrzę po twarzach ludzi - jedni w skupieniu i milczeniu oglą­dają spektakl, inni śpiewają razem ze mną, jeszcze inni płaczą. Re­akcje obecnych na sali pod koniec spektaklu są piękne - cały teatr stoi, klaszcze i domaga się bisów. Było też paru członków najstarszego fanklubu Dżemu, tacy starsi pano­wie z długimi brodami, i widziałem łzy w ich oczach, także już niczego się nie obawiam. Spektakl będzie gościł na deskach teatralnych jesz­cze nie raz i pewnie różne będą te reakcje, jednak póki co więcej, jest pozytywnych.

W jednym z wywiadów mówiłeś, że sam walczysz z emocjami na scenie. Ryszard Riedel to kulto­wa postać, szczególnie na Śląsku otoczona wielką czcią. Co czu­jesz, gdy grasz?

Wszyscy wiemy, jakie są teksty Dżemu. Każdy człowiek może znaleźć ich odzwierciedlenie we własnym życiu i niektóre napraw­dę przypominają fragmenty z życia każdego z nas. Są momenty, kiedy trzeba wyśpiewać najtrudniejsze emocje, a gdy człowiek sobie przy­pomni to i owo z własnego życia, to bywa ciężko. Takim kulminacyj­nym momentem jest „List do M.”, który sam w sobie jest przepełnio­ny żalem i tęsknotą - emocjami, które okrutnie poruszają serce. Powoli jakoś to ogarniam, bo to już któryś spektakl z kolei, ale też do końca z tym nie walczę, bo przekaz powinien być prawdziwy.

Pamiętam jedno z Twoich wy­konań tego utworu w dawnej Famie, już wtedy zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Niesamo­wite jest to, że w ciągu zaledwie kilku lat z takiego śpiewania dla grona znajomych Twoja muzycz­na kariera tak pięknie się rozwi­nęła.

To samo sobie myślę. To niesamo­wite, że dane mi było tak wyko­rzystać ten czas. Niektórzy walczą o coś takiego całe życie, a mnie się udało to tak szybko.

Jesteś też chyba pierwszym lau­reatem talent show, którego ka­riera muzyczna łączy się z formą teatralną. To sprawa dość bez­precedensowa, prawda?

Być może inni tego nie szukają. Każdy inaczej korzysta z tego, co daje udział w takim programie. Ja przypuszczam, że nawet gdybym nie brał udziału w Must Be The Music, to i tak prędzej czy później trafiłbym do teatru, gdyż zawsze mnie fascynował.

A jak właściwie dowiedziałeś się o castingu?

Wujek, aktor z Torunia dał mi cynk, że jest casting do spektaklu. Cała historia jest dość ciekawa - splot zupełnych przypadków. Arek Jakubik (reżyser – przyp. red.) na­wet nie wiedział, że brałem udział w Must Be The Music. Oni, ludzie teatru, kompletnie nie oglądają takich rzeczy. Kiedy nie udało im się nikogo wybrać na pierwszym castingu, Arek razem z dyrekto­rem teatru Robertem Talarczykiem byli załamani. Ktoś przypomniał im wtedy, że ja wysyłałem maila w sprawie castingu, na którym nie mogłem się pojawić w wyznaczo­nym terminie. Pierwsza reakcja była mniej więcej taka: „trudno, ma pecha”, jednak odpalili moją „Modlitwę III” na youtube. Ponoć opadły im szczęki. Stwierdzili: „to jest ten gość”. Postanowili dać mi szansę pokazania swoich sił w dru­giej turze castingowej. Tam byli naprawdę różni ludzie - wokaliści, zawodowcy, tkwiący w tym od lat, a ja kompletnie bez przygotowania, bez doświadczenia… dostałem to.

Twój ojciec jest charakterystycz­ną i dość znaną postacią w Trzeb­nicy i w okolicach. Od lat prowa­dzi Małe Muzeum Ludowe, a Ty wyrastałeś w tym środowisku, otoczony różnymi symboliczny­mi przedmiotami i szeroko poję­tą sztuką.

Tak, ciężko przy takim człowieku wyrosnąć na kogoś nie związanego zupełnie ze sztuką.

Jakie obawy, a jakie nadzieje Ci towarzyszyły, związane ze spek­taklem?

Nie miałem ani żadnych obaw, ani żadnych nadziei. Jeżeli chodzi o stronę muzyczną, to odseparo­wałem FBB od spektaklu. Miałem wewnętrzny spokój, jakbym przeczuwał, że bę­dzie dobrze. Teraz widzę, że owo­cuje to różnymi znajomościami, otwierają się różne drzwi.

W jednej z ostatnich scen z Two­ich ust padają piękne, mądre sło­wa. „Kto nie marzy – umiera”. Ma­rzyłeś kiedyś o takim sukcesie? O takiej roli?

Na razie sukces nie przekłada się na jakąkolwiek rozpoznawalność. Jak dotąd przydarzyło mi się to raz, gdy wracałem z Katowic. Ktoś mnie rozpoznał i zaklepał mi miejsce w autobusie, bo kolejka była ogromna (śmiech). Wiadomo - marzyłem, żeby zawiązał się jakiś zespół, stały skład. Marzyłem o fanach, wielkiej scenie, koncertach, trasach, a o teatrze – kiedyś, jakieś skromne myśli się pojawiały, szczególnie gdy oglądałem na deskach teatru mo­jego wujka czy ciocię. A teraz, pro­szę - sam gram. Marzyć trzeba, ale przede wszystkim wcielać w życie te marzenia. Siedzenie w domu nic człowiekowi nie daje, zawsze trzeba wyjść do ludzi.

Przypominając tekst ”Skazanego na bluesa”, ilu jeszcze jest takich on? Jak Rysiek?

Jest wielu ludzi bardzo utalentowa­nych, ale taka droga, jaką przeszedł Rysiek, jest dla nielicznych. Nie wszyscy mogą być ikonami. Choć mogło być wielu zdolniejszych od Ryśka, czy od Niemena, to jednak tak w życiu jest, że nie każdy ma szansę zostać kimś na miarę tych dwóch artystów.

Jak wyglądają Twoje bliższe i dal­sze plany muzyczne?

Na pewno płyta, a nawet płyty z FBB, tak szybko, jak to tylko moż­liwe, ponieważ materiał już jest. Trochę zweryfikowaliśmy nasze plany, raczej zostaniemy przy blu­es-rockowej konwencji. No i zostają spektakle. Pojawiła się propozycja wystawienia „Skazanego…” pod­czas tegorocznego Festiwalu im. Ryśka Riedla w Chorzowie. To bę­dzie niesamowite przedsięwzięcie - zagrać ten spektakl dla kilkanastu tysięcy ludzi!

Rozmawiała Patrycja Król

źródło: Panorama Trzebnicka Nr 6 (49)/2014


Tomasz Kowalski 2, fot. Krzysztof Lisiak.jpeg
Tomasz Kowalski w roli Ryśka Riedla

DSC_3477.jpeg
Gmina Trzebnica wspiera finansowo i promocyjnie trzebnickiego artystę - Tomka Kowalskiego z zespołem w rozwoju kariery muzycznej. Na zdjęciu - burmistrz Marek Długozima gratuluje Tomkowi świetnego występu przed trzebnicką publicznością podczas ubiegłorocznego Święta Sadów oraz wręcza symboliczny czek na wsparcie finansowe powstającej płyty.